28 października 2009
25 października 2009
Tęsknię
Tęsknię za Polską. Jestem tutaj trzeci miesiąc i od jakiegoś czasu brakuje mi niektórych rzeczy. O jedzeniu już było więc nie będę się powtarzał. Poza jedzeniem, są to na pewno ludzie, miejsca czy nawet tak przyziemne rzeczy jak sms "co dzisiaj robisz?". Po trochu nie mogę się doczekać przyjazdu - najlepsze jest to że ląduję po godzinie 15, 24 grudnia więc uroczysta kolacja gwarantowana. Nawet prezenty i spotkanie z rodziną i znajomymi jest niemal na sto procent pewne :).
Ale wiem, że po jakimś czasie, gdy wielka radość przeminie, gdy dni zaczną wyglądać podobnie a każdy powróci do swoich spraw, uderzy szara rzeczywistość. Paskudne autobusy, obleśne budynki, psie kupy na podeszwach, cwaniactwo czy wiecznie ponure twarze. Jeden kolor skóry, jeden język, wszystko znajome, a większość rzeczy zaskakuje negatywnie. Wiem, że to zacznie mnie irytować i skłoni ku kolejnej wycieczce. Co wtedy, dokąd wtedy - nie wiem.
Miałem przyjemność rozmawiać w barze z pewnym Niemcem. Bjorn powiedział mi że teraz jestem do końca życia "skażony". Ciężko mi będzie zagrzać gdzieś miejsce. Chęć poznawania świata będzie silniejsza. Ale są też dobre strony - poznam na swojej skórze znaczenie słowa "globalizacja", zrozumiem że świat jest bardzo małą przestrzenią a ludzie wszędzie są podobni. Powiedział że mam z tym nie walczyć, że mam planować i jednocześnie być spontanicznym. Nie zważać na obelgi, skupiać się tylko na dobrych rzeczach a może kiedyś, tak jak on, będę wiercił metrowe dziury w wysypiskach po to by wydobywać z nich azot i sprzedawać go za grubą kasę :).
Ale wiem, że po jakimś czasie, gdy wielka radość przeminie, gdy dni zaczną wyglądać podobnie a każdy powróci do swoich spraw, uderzy szara rzeczywistość. Paskudne autobusy, obleśne budynki, psie kupy na podeszwach, cwaniactwo czy wiecznie ponure twarze. Jeden kolor skóry, jeden język, wszystko znajome, a większość rzeczy zaskakuje negatywnie. Wiem, że to zacznie mnie irytować i skłoni ku kolejnej wycieczce. Co wtedy, dokąd wtedy - nie wiem.
Miałem przyjemność rozmawiać w barze z pewnym Niemcem. Bjorn powiedział mi że teraz jestem do końca życia "skażony". Ciężko mi będzie zagrzać gdzieś miejsce. Chęć poznawania świata będzie silniejsza. Ale są też dobre strony - poznam na swojej skórze znaczenie słowa "globalizacja", zrozumiem że świat jest bardzo małą przestrzenią a ludzie wszędzie są podobni. Powiedział że mam z tym nie walczyć, że mam planować i jednocześnie być spontanicznym. Nie zważać na obelgi, skupiać się tylko na dobrych rzeczach a może kiedyś, tak jak on, będę wiercił metrowe dziury w wysypiskach po to by wydobywać z nich azot i sprzedawać go za grubą kasę :).
22 października 2009
Egocentrycznie, raz
Dzisiaj nie będzie o Holandii, nie będzie o pracy ani o niczym takim. Dzisiaj będzie o mnie. Jako że blog jest mój to chyba mam prawo do takich wycieczek w kierunku egocentryzmu, hm? Będzie odrobinę wulgarnie za co przepraszam z góry.
Zarzuca mi się że jestem niedobry, chamski i wulgarny. Że nie potrafię prowadzić normalnej rozmowy, gadki szmatki o tym co jadłem na obiad i co z tego wynikło. A najgorsze jest to że nie pytam o to co ktoś jadł na obiad i co dopiero z tego wynikło. Nie pytam też o pracę, szkołę, każdy egzamin, koleżankę czy kolegę z osobna. Dlaczego? Bo mam to w nosie. Powiem więcej - mam to w dupie. W ogóle mnie to nie interesuje. Wolę siedzieć cicho niż opowiadać o takich pierdołach. Wolę powiedzieć - "cicho bądź bo smucisz. Powiem więcej - mam to w dupie. Jeżeli nie przestaniesz to sobie pójdę." - niż wysłuchiwać strasznie przyziemnych historii o mnie, o nim, o nas, o was, kotach, koniach, chomikach czy innych tchórzofretkach. Ja rozumiem że ludzie o takich rzeczach rozmawiają, w ten sposób fikcyjnie podtrzymują znajomość i zwiększają jej zażyłość. To nie moja wina że mnie to nie interesuje. Jezus maria - naprawdę próbowałem. Ale wychodzi z tego straszny pastisz dialogu dwojga ludzi. Najpierw cierpię, potem żartuję a potem nie wytrzymuję i przerywam idiotyczny wywód o pierdołach. Pif paf, wszyscy giną, napisy, światła, ludzie wychodzą i próbując wydłubać językiem popkorn z trzonowców, myślą "hę?".
Każda akcja pociąga za sobą reakcję. Mało rozmów - mało znajomych. Znajomi przesiani przez sito - znajomi dobrzy. Ten łańcuch jest trochę dłuższy - ale to temat na inny egocentryczny wpis bo znajomi to temat rozległy, zagmatwany, trudny i wielce fantastyczny (w sensie - jak Lem a nie - jak nowe film Almodovara).
Do czego zmierzam. Ja rozumiem że ludziom może być ciężko ze mną. Każdemu z osobna. Mnie też było ciężko do czasu aż ni stąd ni zowąd zorientowałem się że mam parę osób które akceptują to, w jaki sposób ich traktuję. Przywykły? A może są takie jak ja? Może wobec nich jestem inny? Może nie rozmawiamy o każdej pierdole a jakoś sobie dajemy radę. Wiem że jak wrócę i się z nimi spotkam to będzie jak byśmy się ostatnio widzieli dzień wcześniej (brzmi jak z jakiegoś marnego filmu, prawda?). I to mnie cieszy. Jestem nienormalny ale ludziom to nie przeszkadza. Tak żyję i tak żył będę nadal. Na koniec film, który zrobił mały misz masz w internecie i w mojej głowie. Autor zdobył się nawet na drugą część ale ona w innym poście. Też wulgarny. Ale bardziej.
Zarzuca mi się że jestem niedobry, chamski i wulgarny. Że nie potrafię prowadzić normalnej rozmowy, gadki szmatki o tym co jadłem na obiad i co z tego wynikło. A najgorsze jest to że nie pytam o to co ktoś jadł na obiad i co dopiero z tego wynikło. Nie pytam też o pracę, szkołę, każdy egzamin, koleżankę czy kolegę z osobna. Dlaczego? Bo mam to w nosie. Powiem więcej - mam to w dupie. W ogóle mnie to nie interesuje. Wolę siedzieć cicho niż opowiadać o takich pierdołach. Wolę powiedzieć - "cicho bądź bo smucisz. Powiem więcej - mam to w dupie. Jeżeli nie przestaniesz to sobie pójdę." - niż wysłuchiwać strasznie przyziemnych historii o mnie, o nim, o nas, o was, kotach, koniach, chomikach czy innych tchórzofretkach. Ja rozumiem że ludzie o takich rzeczach rozmawiają, w ten sposób fikcyjnie podtrzymują znajomość i zwiększają jej zażyłość. To nie moja wina że mnie to nie interesuje. Jezus maria - naprawdę próbowałem. Ale wychodzi z tego straszny pastisz dialogu dwojga ludzi. Najpierw cierpię, potem żartuję a potem nie wytrzymuję i przerywam idiotyczny wywód o pierdołach. Pif paf, wszyscy giną, napisy, światła, ludzie wychodzą i próbując wydłubać językiem popkorn z trzonowców, myślą "hę?".
Każda akcja pociąga za sobą reakcję. Mało rozmów - mało znajomych. Znajomi przesiani przez sito - znajomi dobrzy. Ten łańcuch jest trochę dłuższy - ale to temat na inny egocentryczny wpis bo znajomi to temat rozległy, zagmatwany, trudny i wielce fantastyczny (w sensie - jak Lem a nie - jak nowe film Almodovara).
Do czego zmierzam. Ja rozumiem że ludziom może być ciężko ze mną. Każdemu z osobna. Mnie też było ciężko do czasu aż ni stąd ni zowąd zorientowałem się że mam parę osób które akceptują to, w jaki sposób ich traktuję. Przywykły? A może są takie jak ja? Może wobec nich jestem inny? Może nie rozmawiamy o każdej pierdole a jakoś sobie dajemy radę. Wiem że jak wrócę i się z nimi spotkam to będzie jak byśmy się ostatnio widzieli dzień wcześniej (brzmi jak z jakiegoś marnego filmu, prawda?). I to mnie cieszy. Jestem nienormalny ale ludziom to nie przeszkadza. Tak żyję i tak żył będę nadal. Na koniec film, który zrobił mały misz masz w internecie i w mojej głowie. Autor zdobył się nawet na drugą część ale ona w innym poście. Też wulgarny. Ale bardziej.
16 października 2009
Rotterdam
W Rotterdamie znajduje się największy w Europie i trzeci na świecie (po Szanghaju i Hong Kongu) port. Wytwarza on 6% holenderskiego PKB, dając pracę setkom tysięcy ludzi. Codziennie pociągi z całej Holandii dowożą pracowników do pracy przy kontenerach, kontenerowcach, stoczniach i punktach przeróbki tego, co przypłynęło z całego świata. Jest to jeden z najnowocześniejszych portów na świecie - ciągle zmieniany, pogłębiany, poszerzany i pochłaniający co raz to większą część morza i lądu. Tutaj coś zasypać, tutaj coś przekopać - takie tam banały. Z centrum Rotterdamu wypływa łódka o nazwie Spido, z pokładu której można zobaczyć część tego gigantycznego kompleksu. Oczywiście łódka ta nie zawija do głównej części, gdyż to byłoby niebezpieczne ale i tak to co z jej pokładu można zaobserwować, daje niesamowity pogląd na to, co tutaj się odbywa. Zdjęć będzie dużo, bo takie rzeczy mnie fascynują. Czegoś takiego nie widzi się na co dzień. Na początek parę zdjęć z miasta (miasto jak miasto, nic specjalnego) a potem już z wody.
















































11 października 2009
Ludzie
Do baru przychodzą najdziwniejsi ludzie. Od 7latków przepełnionych ekstazą pierwszego razu w miejscu z założenia dla dorosłych, poprzez osoby samotne, pary i grupy 20-osobowe. Ci którzy zapadli mi w pamięć to:
- Francuzi którzy z angielskiego nie znali ani słowa. Nawet "one", "beer","and" "water", "please" - coś niesamowitego. Zdarza się to co jakiś czas i ma to miejsce TYLKO w przypadku Francuzów.
- Włosi którzy o północy zamawiają "seven espresso pliiiiis"
- 8letni Holendrzy którzy zamawiają i rozmawiają ze mną płynną angielszczyzną (oczywiście byli z rodzicami)
- niezawodni Anglicy o 11 rano zamawiający "pajnt of hajneken, mejt end łan pak of łokers krisps, plis" (poproszę dużego Heinekena i paczkę chipsów)
- naćpani marokańscy emigranci na odmowę obsłużenia reagujący "I fuckin kill you you asshole and I will destroy this place" - zdarzyło się raz i prawie po policję dzwoniliśmy.
- czarnoskórzy którzy siedząc przy stoliku, metr od baru, zamiast podejść i zamówić wolą pstrykać na barmana palcami, wykłócać się o resztę i z dumą wyciągać 50 euro z portfela. Pominę fakt że w kasie pięćdziesiątek, setek i dwusetek jest mnóstwo i próba zaimponowania zamieniła się w całkowity blamaż.
Teraz jednostki:
- dzisiaj największe zaskoczenie - profesjonalny magik! Anglik który z chwilą przejścia na emeryturę (50 lat) postanowił czarować dla pieniędzy. Siedział przy barze przez godzinę i pokazywał sztuczki - szok! Pracuje 2 tygodnie w Vegas, potem 2 tygodnie w Londynie i tak w kółko z przerwą na wyjazdy na zamówienie np Amsterdam.
- gejowaty koleś który mnie pytał kiedy pracuję bo zajebiście mi to wychodzi
- prawnik z Kalifornii który jak się dowiedział że urodziny mam 12 lipca, powiedział że coś nas łączy dał mi swój email i kazał do siebie napisać. Chodzi o to że jego córka ma urodziny 6 lipca a syn 18. Był normalny, nie taki jak typ powyżej. Do tego ma dom w Meksyku w którym nie mieszka ale którym się wymienia i dzięki zamianie z Holendrem znalazł się z żoną Amsterdamie.
- Steve skądś tam który zamordowałby wszystkich tych dilerów, złodziei i pedofili.
- facet który przyszedł do baru prosto z coffie shopu i nie mógł powstrzymać się od idiotycznego śmiechu wszystkich nim dookoła zarażając. No i jego kumple którzy też się chichrali mówiąc "dude, why are we laughing?"
- facet bez zęba który zamawia 2 Guinessy żeby drugi miał doskonałą temperaturę gdy skończy pierwszego.
- kompletnie pijana laska która mówiła "come and talk to me because I really need to talk to someone and you are so cute" (chodź tutaj i ze mną porozmawiaj, bo muszę z kimś pogadać a Ty jesteś taki przystojny).
- Hiszpan wygodnie rozłożony przy stoliku na tarasie z jointem w jednej ręce i space cakiem (ciasteczko z haszyszem) w drugiej mówiący "I thought is was a coffie shop" (myślałem że to coffie shop).
- nieznany osobnik, który zostawił w ubikacji reklamówkę ze swoimi odchodami.
- Hiszpanie przebrani za torreadorów - wieczór kawalerski.
- Anglicy przebrani za pilotów - wieczór kawalerski.
- Holenderki przebrane za czarodziejki - wieczór panieński.
- Szkoci w kiltach - biznesmeni sprzedający... kilty.
- Szkoci w kiltach - tancerze.
I masa, masa innych. Ludzie potrafią być przedziwni i jeżeli ktoś mówi że nic go nie zaskoczy, niech wpadnie na 8godzinną zmianę - polecam piątek albo sobotę.
- Francuzi którzy z angielskiego nie znali ani słowa. Nawet "one", "beer","and" "water", "please" - coś niesamowitego. Zdarza się to co jakiś czas i ma to miejsce TYLKO w przypadku Francuzów.
- Włosi którzy o północy zamawiają "seven espresso pliiiiis"
- 8letni Holendrzy którzy zamawiają i rozmawiają ze mną płynną angielszczyzną (oczywiście byli z rodzicami)
- niezawodni Anglicy o 11 rano zamawiający "pajnt of hajneken, mejt end łan pak of łokers krisps, plis" (poproszę dużego Heinekena i paczkę chipsów)
- naćpani marokańscy emigranci na odmowę obsłużenia reagujący "I fuckin kill you you asshole and I will destroy this place" - zdarzyło się raz i prawie po policję dzwoniliśmy.
- czarnoskórzy którzy siedząc przy stoliku, metr od baru, zamiast podejść i zamówić wolą pstrykać na barmana palcami, wykłócać się o resztę i z dumą wyciągać 50 euro z portfela. Pominę fakt że w kasie pięćdziesiątek, setek i dwusetek jest mnóstwo i próba zaimponowania zamieniła się w całkowity blamaż.
Teraz jednostki:
- dzisiaj największe zaskoczenie - profesjonalny magik! Anglik który z chwilą przejścia na emeryturę (50 lat) postanowił czarować dla pieniędzy. Siedział przy barze przez godzinę i pokazywał sztuczki - szok! Pracuje 2 tygodnie w Vegas, potem 2 tygodnie w Londynie i tak w kółko z przerwą na wyjazdy na zamówienie np Amsterdam.
- gejowaty koleś który mnie pytał kiedy pracuję bo zajebiście mi to wychodzi
- prawnik z Kalifornii który jak się dowiedział że urodziny mam 12 lipca, powiedział że coś nas łączy dał mi swój email i kazał do siebie napisać. Chodzi o to że jego córka ma urodziny 6 lipca a syn 18. Był normalny, nie taki jak typ powyżej. Do tego ma dom w Meksyku w którym nie mieszka ale którym się wymienia i dzięki zamianie z Holendrem znalazł się z żoną Amsterdamie.
- Steve skądś tam który zamordowałby wszystkich tych dilerów, złodziei i pedofili.
- facet który przyszedł do baru prosto z coffie shopu i nie mógł powstrzymać się od idiotycznego śmiechu wszystkich nim dookoła zarażając. No i jego kumple którzy też się chichrali mówiąc "dude, why are we laughing?"
- facet bez zęba który zamawia 2 Guinessy żeby drugi miał doskonałą temperaturę gdy skończy pierwszego.
- kompletnie pijana laska która mówiła "come and talk to me because I really need to talk to someone and you are so cute" (chodź tutaj i ze mną porozmawiaj, bo muszę z kimś pogadać a Ty jesteś taki przystojny).
- Hiszpan wygodnie rozłożony przy stoliku na tarasie z jointem w jednej ręce i space cakiem (ciasteczko z haszyszem) w drugiej mówiący "I thought is was a coffie shop" (myślałem że to coffie shop).
- nieznany osobnik, który zostawił w ubikacji reklamówkę ze swoimi odchodami.
- Hiszpanie przebrani za torreadorów - wieczór kawalerski.
- Anglicy przebrani za pilotów - wieczór kawalerski.
- Holenderki przebrane za czarodziejki - wieczór panieński.
- Szkoci w kiltach - biznesmeni sprzedający... kilty.
- Szkoci w kiltach - tancerze.
I masa, masa innych. Ludzie potrafią być przedziwni i jeżeli ktoś mówi że nic go nie zaskoczy, niech wpadnie na 8godzinną zmianę - polecam piątek albo sobotę.
06 października 2009
Jest źle ale jest dobrze.
Wczoraj przychodzę do pracy a Ilona mówi że miała rano egzamin na prawko i oblała na jazdach. Bla bla bla cośtam cośtam. I laska nie płakała, stało się, zapłacę 300euro (damn it!!) i zdam przy drugim podejściu. Ale za to egzaminator był super! Wesoły, pogadaliśmy o tym, o tamtym, opowiedział mi to i siamto.
Inna sytuacja. Siedzi Kanadyjczyk przy barze i opowiada jak to przyjechał na rynek rowerem z wypożyczalni, zapiął go na łańcuch, na kłódkę i na wszelkie inne możliwe sposoby. Poszedł spotkać się ze znajomymi, do domu wrócił pieszo, gdyż wyprawa rowerowa mogłaby zakończyć się kanale albo spotkaniem z policją zaalarmowaną nieporadnymi próbami utrzymania roweru w pionie. Rano Kanadyjczyk przypomina sobie o rowerze, z niesamowitym bólem głowy zwleka się z łóżka i wyrusza po rower. Którego nie znajduje bo został skradziony. I nie przejmuje się wizją kary wynoszącej kilkaset euro ale opowiada o wieczorze ze znajomymi, ilości spożytego alkoholu i jak to było fajnie.
Jak by to wyglądało u nas?
Głupi egzaminator najpierw odburknął zieńdobry, kazał jechać tam i tu, na same najgorsze skrzyżowania, do tego lało, wszędzie piesi, stare baby i rowery. Do tego wszyscy jadą za szybko, skąd oni się wzięli i czemu w domu nie siedzą w taką pogodę tylko gdzieś muszą zapieprzać. Potem ta świnia kazała mi skręcić, bo dobrze wiedziała że sobie nie poradzę i mnie specjalnie tam skierowała żeby mnie oblać. I teraz znowu muszę jechać do ośrodka, że też go musieli na końcu miasta gdzie nic nie jeździ postawić, zapłacić (kto to widział tyle kasy za głupie 30 min jazdy!!) i czekać miesiąc na egzamin. Potem na prawko a potem starszych się prosić o furę. No paranoja!
Rower. Pieprzeni narkomani, pijacy - skroją rower i sprzedadzą go za 1/10 ceny jakiemuś idiocie. I ani ten idiota ani ten pijak o mnie nie pomyśli, że ja nie mam roweru, że muszę za niego teraz zapłacić. Kur** nalej mi Smirnoffa bo się wkur**łem. I tyle kasy za głupi rower? Chyba oszaleli. Chyba ucieknę bez zgłaszania tego - dowód w depozycie zostawię, zgłoszę jako zagubiony i tyle mnie będą widzieli - chyba bym był głupi jak bym miał zapłacić za nowy rower. Przecież to nie moja wina!?!?
Taa.. Mentalność. Szkoda.
PS. Dziesięć lat temu w Holandii wynalezionio Big Brothera - artykuł(po nagielsku)
Inna sytuacja. Siedzi Kanadyjczyk przy barze i opowiada jak to przyjechał na rynek rowerem z wypożyczalni, zapiął go na łańcuch, na kłódkę i na wszelkie inne możliwe sposoby. Poszedł spotkać się ze znajomymi, do domu wrócił pieszo, gdyż wyprawa rowerowa mogłaby zakończyć się kanale albo spotkaniem z policją zaalarmowaną nieporadnymi próbami utrzymania roweru w pionie. Rano Kanadyjczyk przypomina sobie o rowerze, z niesamowitym bólem głowy zwleka się z łóżka i wyrusza po rower. Którego nie znajduje bo został skradziony. I nie przejmuje się wizją kary wynoszącej kilkaset euro ale opowiada o wieczorze ze znajomymi, ilości spożytego alkoholu i jak to było fajnie.
Jak by to wyglądało u nas?
Głupi egzaminator najpierw odburknął zieńdobry, kazał jechać tam i tu, na same najgorsze skrzyżowania, do tego lało, wszędzie piesi, stare baby i rowery. Do tego wszyscy jadą za szybko, skąd oni się wzięli i czemu w domu nie siedzą w taką pogodę tylko gdzieś muszą zapieprzać. Potem ta świnia kazała mi skręcić, bo dobrze wiedziała że sobie nie poradzę i mnie specjalnie tam skierowała żeby mnie oblać. I teraz znowu muszę jechać do ośrodka, że też go musieli na końcu miasta gdzie nic nie jeździ postawić, zapłacić (kto to widział tyle kasy za głupie 30 min jazdy!!) i czekać miesiąc na egzamin. Potem na prawko a potem starszych się prosić o furę. No paranoja!
Rower. Pieprzeni narkomani, pijacy - skroją rower i sprzedadzą go za 1/10 ceny jakiemuś idiocie. I ani ten idiota ani ten pijak o mnie nie pomyśli, że ja nie mam roweru, że muszę za niego teraz zapłacić. Kur** nalej mi Smirnoffa bo się wkur**łem. I tyle kasy za głupi rower? Chyba oszaleli. Chyba ucieknę bez zgłaszania tego - dowód w depozycie zostawię, zgłoszę jako zagubiony i tyle mnie będą widzieli - chyba bym był głupi jak bym miał zapłacić za nowy rower. Przecież to nie moja wina!?!?
Taa.. Mentalność. Szkoda.
PS. Dziesięć lat temu w Holandii wynalezionio Big Brothera - artykuł(po nagielsku)
Koszty
Holandia nie jest tania. Holandia jest droga. Wydaje mi się że po Wielkiej Brytanii i Francji, Holandia jest najdroższym krajem w Europie. Jeszcze pozostaje Skandynawia ale te kraje zawsze jakoś były poza moim zasięgiem. Jeżeli ktoś wybiera się do Holandii na wakacje czy tylko na weekend, musi przygotować się na mały szok cenowy. Przedstawię to za pomocą cen produktów i usług z których korzystam. Żeby było łatwiej, w złotówkach przy założeniu że 1 euro = 4zł. I tak:
bilet miesięczny w Amsterdamie na autobus i tramwaj, 2 strefy (wystarcza na podstawowe podróże) - 270zł
mleko 1l - 3,50zł
małe frytki - 7zł
średni shake w mcdonalds - 10zł
Whooper Menu w Burger King (mniam mniam!!) - 30zł
ketchup w mcdonalds - 1,60zł
powrotny bilet kolejowy Amsterdam - Rotterdam - 100zł
piwo w barze (0,5l) - 20zł
piwo w markecie (Heineken 0,3) - 2,80zł
Nutella - duża, największa - 12zł
Sms w kraju - 0,40zł
kawa w lokalu - 10zł
kaucja za butelkę coli 1l (są zwrotne!!) - 1,60zł
rower nówka gazela, typowy holender - 2800zł (tutaj bywa różnie)
rower u narkomana - 80zł
kłódka i łańcuch do roweru - 70zł
I tak dalej i tak dalej... Na pocieszenie dodam, że jak się tak zaprzeć to wszędzie można dotrzeć na rowerze.
Jak widać, nie ma łatwo. Najlepszym wyjściem jest tutaj po prostu zamieszkać i na te wszystkie wydatki zapracować. Wtedy też nie jest zbyt kolorowo ale jest łatwiej, dużo łatwiej. Oczywiście, polecam. A najważniejsze jest to, że od tych wszystkich wydatków idą podatki które są bardzo fajnie dystrybuowane co widać na każdym kroku. Ten autobus jest klimatyzowany, pociąg cichy, czysty, szybki, punktualny i też klimatyzowany. W 95% przypadków podróży jest gdzie usiąść a za przejazd można zapłacić kartą chipową. Policja jest miła i w głównej mierze pracuje jako informacja turystyczna czy z uśmiechem prosi by nie pić piwa na ulicy. Jeździ na rowerach i na koniach, pozuje do zdjęć i ogólnie to zbija bąki. Tyle.
PS. Wracam 24go grudnia, po południu i wstępnie zostaję na miesiąc :). See you!
bilet miesięczny w Amsterdamie na autobus i tramwaj, 2 strefy (wystarcza na podstawowe podróże) - 270zł
mleko 1l - 3,50zł
małe frytki - 7zł
średni shake w mcdonalds - 10zł
Whooper Menu w Burger King (mniam mniam!!) - 30zł
ketchup w mcdonalds - 1,60zł
powrotny bilet kolejowy Amsterdam - Rotterdam - 100zł
piwo w barze (0,5l) - 20zł
piwo w markecie (Heineken 0,3) - 2,80zł
Nutella - duża, największa - 12zł
Sms w kraju - 0,40zł
kawa w lokalu - 10zł
kaucja za butelkę coli 1l (są zwrotne!!) - 1,60zł
rower nówka gazela, typowy holender - 2800zł (tutaj bywa różnie)
rower u narkomana - 80zł
kłódka i łańcuch do roweru - 70zł
I tak dalej i tak dalej... Na pocieszenie dodam, że jak się tak zaprzeć to wszędzie można dotrzeć na rowerze.
Jak widać, nie ma łatwo. Najlepszym wyjściem jest tutaj po prostu zamieszkać i na te wszystkie wydatki zapracować. Wtedy też nie jest zbyt kolorowo ale jest łatwiej, dużo łatwiej. Oczywiście, polecam. A najważniejsze jest to, że od tych wszystkich wydatków idą podatki które są bardzo fajnie dystrybuowane co widać na każdym kroku. Ten autobus jest klimatyzowany, pociąg cichy, czysty, szybki, punktualny i też klimatyzowany. W 95% przypadków podróży jest gdzie usiąść a za przejazd można zapłacić kartą chipową. Policja jest miła i w głównej mierze pracuje jako informacja turystyczna czy z uśmiechem prosi by nie pić piwa na ulicy. Jeździ na rowerach i na koniach, pozuje do zdjęć i ogólnie to zbija bąki. Tyle.
PS. Wracam 24go grudnia, po południu i wstępnie zostaję na miesiąc :). See you!
01 października 2009
Dawno nie pisałem, wiem. A wydarzyło się parę rzeczy. Przeprowadziłem się do Amsterdamu, do mieszkania w którym mieszałem rok temu. Jest fajnie :). Amsterdam w adresie pocztowym - to brzmi dumnie! No i widok na miasto z balkonu... Mniam! Wczoraj zaliczyłem pierwszą rowerową wycieczkę i było ekstra. Polecam każdemu, podczas wycieczki do Holandii, wypożyczyć rower (7euro/dzień - taniocha!) i tak się przemieszczać na krótkie dystanse.
W pracy jestem często - 6 dni w tygodniu. Uch.. Na szczęście pogoda "barowa" więc się wpasowuję w klimat.
Czy ktoś, w momencie rozpoczęcia regularnej pracy, zauważył że czas jakby przyspieszył i że w sumie to na niewiele rzeczy pozostaje miejsce? Masakra!
Acha. Od dłuższego czasu zamierzałem napisać o napiwkach. Napiwek to rzecz wspaniała. Gdyby każdy dawał napiwki to świat byłby piękniejszy. Dawania napiwków powinno się uczyć w szkołach. Maria T nie dała napiwku i jej pies miał zatwardzenie przez 6 dni. Tomasz Z dał godny napiwek i dostał awans w pracy. Karma. Napiwek sprawia że Amerykanie ("So Dutch is a language and they speak it here?") stają obiektem szczególnej atencji każdego barmana i kelnera w mieście turystycznym. Godny napiwek to 10% wartości zamówienia, zaokrąglone w górę, nie mniej niż 50 centów. Napiwek w stylu "A dam mu 5c, niech ma" jest gorszy niż brak napiwku. Złożenie zamówienia na minimum 20 euro i nie danie napiwku może zaowocować w zamierzonym ignorowaniu klienta i jego potrzeb ("no, I cannot call you a taxi, it is only for emergency use"). Powiedzenie "daj mi tylko banknoty" przy płaceniu 41 euro banknotem 50 euro może zaowocować w chwilowym braku banknotów 5 euro w kasie. Miła i dowcipna rozmowa jest warta więcej niż napiwek papierowy. Połączenie tych dwóch może wywołać łzę wzruszenia w oku barmana.
Fakty na temat napiwków:
80% Amerykanów (w Amst) daje napiwki.
10% Anglików daje napiwki.
40% Polaków daje napiwki.
Napiwek stanowił 30% mojej pensji za wrzesień.
Zgubienie pieniędzy w barze po godzinie od znalezienia ich przez barmana traktowane jest jak napiwek.
Należność 7 euro uiszczona (przypadkowo lub nie) dwoma banknotami 10 euro, może dać efekt taki, że 10 euro zostanie potraktowane jako napiwek.
Napiwek to o dziwo nie jałmużna ale sposób wyrażenia uznania za otrzymaną usługę.
Tyle o napiwkach.
Wideo - stara reklama Ery. Słowa w 41 sekundzie są dla mnie na czasie.
W pracy jestem często - 6 dni w tygodniu. Uch.. Na szczęście pogoda "barowa" więc się wpasowuję w klimat.
Czy ktoś, w momencie rozpoczęcia regularnej pracy, zauważył że czas jakby przyspieszył i że w sumie to na niewiele rzeczy pozostaje miejsce? Masakra!
Acha. Od dłuższego czasu zamierzałem napisać o napiwkach. Napiwek to rzecz wspaniała. Gdyby każdy dawał napiwki to świat byłby piękniejszy. Dawania napiwków powinno się uczyć w szkołach. Maria T nie dała napiwku i jej pies miał zatwardzenie przez 6 dni. Tomasz Z dał godny napiwek i dostał awans w pracy. Karma. Napiwek sprawia że Amerykanie ("So Dutch is a language and they speak it here?") stają obiektem szczególnej atencji każdego barmana i kelnera w mieście turystycznym. Godny napiwek to 10% wartości zamówienia, zaokrąglone w górę, nie mniej niż 50 centów. Napiwek w stylu "A dam mu 5c, niech ma" jest gorszy niż brak napiwku. Złożenie zamówienia na minimum 20 euro i nie danie napiwku może zaowocować w zamierzonym ignorowaniu klienta i jego potrzeb ("no, I cannot call you a taxi, it is only for emergency use"). Powiedzenie "daj mi tylko banknoty" przy płaceniu 41 euro banknotem 50 euro może zaowocować w chwilowym braku banknotów 5 euro w kasie. Miła i dowcipna rozmowa jest warta więcej niż napiwek papierowy. Połączenie tych dwóch może wywołać łzę wzruszenia w oku barmana.
Fakty na temat napiwków:
80% Amerykanów (w Amst) daje napiwki.
10% Anglików daje napiwki.
40% Polaków daje napiwki.
Napiwek stanowił 30% mojej pensji za wrzesień.
Zgubienie pieniędzy w barze po godzinie od znalezienia ich przez barmana traktowane jest jak napiwek.
Należność 7 euro uiszczona (przypadkowo lub nie) dwoma banknotami 10 euro, może dać efekt taki, że 10 euro zostanie potraktowane jako napiwek.
Napiwek to o dziwo nie jałmużna ale sposób wyrażenia uznania za otrzymaną usługę.
Tyle o napiwkach.
Wideo - stara reklama Ery. Słowa w 41 sekundzie są dla mnie na czasie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)