...jak nic nie pisalem. Dlaczego? Bo Arnhem jest troche nudne.. Nic ciekawego sie nie dzieje. Wnioske? nie ma o czym pisac.. W piatek Juliana odwiedzili jego znajomi z Paryza - Vanessa i Justin. Wyjezdzaja jutro. Fajni ludzie. Gramy w pokera, gadamy o niczym i ogladamy filmy. W sumie nic nowego - robimy to codziennie i do znudzenia. W weekendy (tzn od czwartku poczawszy) jakis imprezy.. Ci sami ludzie, te same miejsca..
Juz nie moge sie doczekac przyjazdu do domu. 7 kwietnia. I swieta. I rodzinka. I impreza u babci. I jedzenie. I szostka. I sasiedzi ktorych dzieciaki nie wydzieraja sie przez caly dzien. I Katowice. Super.
Zalamka. 13 kwietnia w Katowicach w Elektro koncert daje Deadbeat. Pewnie nikt nie zna tego Kanadyjczyka bo jego muzyka pewnie nikomu by sie nie spodobala ale dla mnie to masakra bo 13 wracam do domu! A taka okazja nie zdarza sie zbyt czesto. Rany :(.. Uslyszec te dzwieki na zywo, zobaczyc tego pana na wlasne oczy.. Oj oj oj..
Taki krotki wpis mi sie udal.. Ludzie - piszcie do mnie maile :). Naprawde.. Ja sie nie obrazam. Moze nie zbyt czesto znajduje chwile by odpisac ale naprawde milo jest wiedzeic ze ktos pamieta. Jakies pytania co do Arnhem, Holandii, programu Socrates Erasmus (teraz chyba nazwe maja zmienic..)? adam.klimczyk MAŁPA gmail.com!
Dziekuje za uwage.
25 marca 2007
13 marca 2007
Arnhem - fotki
Zasadniczo to nie lubie robic takich fotek jakie tutaj zobaczycie ale.. Mama prosila. No i fotek robic nie musialem - kolega robi bloga i mi uzyczyl



Jeden z wielu parkow w Arnhem

Slynny most w Arnhem, bohater operacji Market Garden w czasie II Wojny Swiatowej

Bloki!! Taak!! Bloki!! Istnieje kraj na swiecie w ktorym NIE ma blokow?

Kwiaty sa wszedzie.. W supermarketach, w pasazach, w sklepach z warzywami.

Katedra



Ulice w Arnhem

Oczywiscie... Na poczatku taki widok szokuje ale teraz.. Tez szokuje bo "gdzie ja zostawilem moj?..."

Lokalne centrum handlowe. Arnhem, miasteczo z 150 tysieczna populacja posiaga gigantyczne centrum z masa sklepow, restauracji, kebabow, salonow z telefonami i innych + male centra handlowe w roznych czesciach miasta.



Jeden z wielu parkow w Arnhem

Slynny most w Arnhem, bohater operacji Market Garden w czasie II Wojny Swiatowej

Bloki!! Taak!! Bloki!! Istnieje kraj na swiecie w ktorym NIE ma blokow?

Kwiaty sa wszedzie.. W supermarketach, w pasazach, w sklepach z warzywami.

Katedra



Ulice w Arnhem

Oczywiscie... Na poczatku taki widok szokuje ale teraz.. Tez szokuje bo "gdzie ja zostawilem moj?..."

Lokalne centrum handlowe. Arnhem, miasteczo z 150 tysieczna populacja posiaga gigantyczne centrum z masa sklepow, restauracji, kebabow, salonow z telefonami i innych + male centra handlowe w roznych czesciach miasta.
Insomnia
Jest godzina jaka jest (02:30) no i przelezawszy w lozku poltora godziny postanowilem ten czas jakos spozytkowac bo spac i tak nie potrafie. Julian, ktory ma zajecia tylko raz w tygodniu (sroda popoludniu) oczywiscie nie spi i gra w Pro Evolution Soccer wiec jest z kim posiedziec.
Chyba do domu pojade na swieta. Chyba napewno. Na poczatku kwietnia zaczyna nam sie 2tygodniowa sesja. Ja oba egzaminy mam w pierwszym tygodniu a ze w drugim sa Swieta to miloby bylo zobaczyc znajome buzki. Tymbardziej ze wszyscy beda w okolicy. Nice.
Holandia. Dziaj wkoncu zrobilo sie milutko. Sloneczko wyszlo zzachmur i juz kazdy zapomnial o 2 tygodniach deszczu. Australijczycy poprzychodzili na zajecia w shortach i t-shirtach, reszta swiata w lekkich kurtkach. I w spodniach. Oczywiscie. Ciekawe czy jak zrobi sie naprawde cieplo to czy dziewczyny przyjda topless.. I hope.. Szkoda ze Hiszpanki w kwestii ubierania sie zaleznie do pogody naleza do "reszty swiata".
Chyba do domu pojade na swieta. Chyba napewno. Na poczatku kwietnia zaczyna nam sie 2tygodniowa sesja. Ja oba egzaminy mam w pierwszym tygodniu a ze w drugim sa Swieta to miloby bylo zobaczyc znajome buzki. Tymbardziej ze wszyscy beda w okolicy. Nice.
Holandia. Dziaj wkoncu zrobilo sie milutko. Sloneczko wyszlo zzachmur i juz kazdy zapomnial o 2 tygodniach deszczu. Australijczycy poprzychodzili na zajecia w shortach i t-shirtach, reszta swiata w lekkich kurtkach. I w spodniach. Oczywiscie. Ciekawe czy jak zrobi sie naprawde cieplo to czy dziewczyny przyjda topless.. I hope.. Szkoda ze Hiszpanki w kwestii ubierania sie zaleznie do pogody naleza do "reszty swiata".
11 marca 2007
Spanish (Mexican) people
Moim zdaniem ludzie z Hiszpanii i Meksyku sa superowi. Przyjacielscy, rozmowni, zawsze usmiechnieci, gdy pytaja "hał ar ju, Adam?" (heh - oni na serio tak mowia :) ) to naprawde chca wiedziec co u mnie. Sa szczerzy. No i gdy w pokoju jest piatka osob ktore znaja hiszpanski i jedna osoba ktora go nie zna to mowia po angielsku. A to to naprawde rzadkosc. 2 Francuzow i 1 niefrancuz - mowia po francusku.
Hiszpanki - "Adam, why are you sad? Don't be sad, smile, dance!" Super. I jest cos czego u nas nie ma. Dziewczyny nie boja sie dotyku - nic intymnego ale to jest fajne. Mowi cos i kladzie reke na ramieniu, tanczy i podejdzie, chwyci za reke. Nice. Niby nic ale jednak.
Meksykanie - jest ich tu paru ale Rafael jest the best. Tak poprostu :).
No i czlowiek dochodzi do wniosku ze trzebaby nauczyc sie hiszpanskiego. Ale to w przyszlosci. W Polsce. Potem do Hiszpanii wyjechac na wakacje, podszkolic i bedzie dobrze. Nice plan :).
Hiszpanki - "Adam, why are you sad? Don't be sad, smile, dance!" Super. I jest cos czego u nas nie ma. Dziewczyny nie boja sie dotyku - nic intymnego ale to jest fajne. Mowi cos i kladzie reke na ramieniu, tanczy i podejdzie, chwyci za reke. Nice. Niby nic ale jednak.
Meksykanie - jest ich tu paru ale Rafael jest the best. Tak poprostu :).
No i czlowiek dochodzi do wniosku ze trzebaby nauczyc sie hiszpanskiego. Ale to w przyszlosci. W Polsce. Potem do Hiszpanii wyjechac na wakacje, podszkolic i bedzie dobrze. Nice plan :).
10 marca 2007
Dove
Od czasu, jak spróbowałam nowego "Dove", moja skóra odmłodniała, stała się delikatna, przyjemna w dotyku - taka aksamitna wręcz. Zmarszczki się zmniejszyły a rysy wygładziły. Poczułam się młodsza i piękniejsza. Przybyło mi nowych sił. Aż sama się zdziwiłam! Chociaż w smaku - mydło jak mydło...
06 marca 2007
O niczym
2 noce spala u nas Mariam - Francuzka mieszkajaca niedaleko. Mariam ma 19 lat i strasznei teskni za domem i wogole jest spoko, wesola i zawsze usmiechnieta. A spala u nas bo.. Ma mieszkanie podobne do naszego z ta roznica ze mieszka w nim sama wiec dwa pokoje ma wolne. JEden jest zamkniety a w drugim ma suszarke i tam suszy ubrania po praniu. I pewnego wieczoru wrocila do mieszkanai a ten drugi pokoj byl zamkniety. NA klucz. Hmm.. Poszlismy do niej ale udalo sie wejsc przez okno (jest tam balkon). Pozniej siedzielismy w innym pokoju i wychodzac zauwazylismy ze te drzwi sa znowu zamkniete. Znowu na klucz! Tym razem okno balkonowe tez bylo zamkniete wiec nie bylo jak do pokoju wejsc. Wiec MAriam spanikowala i zamieszkala u nas :). Dzisaj byla w Vivare (oni nam zalatwiaja pokoje) i poprosila o klucz. Zrobila sobie kopie i juz nie ma sie czego bac. Ale ona i tak jest spanikowana i nie wiadomo czy u nas znowu nie zamieszka. Ciekawa sprawa z tymi drzwiami. Tak jakby ktos byl w tym pokoju.. Ale po wejsciu tam z nowym luczem nikogo nie znalezlismy. Hmm..
Co jeszcze. Czy sie ucze? Niebardzo.. Coprawda mam zajecia od poniedzialku do piatku ale wszystko jest w miare latwe i jakos to idzie. Zasadniczo malo kto nastawial sie na nauke przyjezdzajac tutaj..
Wogole to mam rower :). Stary i troche zgrzypiacy ale jest. Rower jest fajny. Wygodny i szybki :). I klodke mam za 12 euro bo takie za 4 euro to zaraz przetna i roweru nie ma. Wszyscy maja tutaj rowery.. Doslownie. I wszedzie sa sciezki rowerowe. I kierowcy ustepuja pierwszenstwa rowerzystom, nawet gdy nie musza. I wszedzie sa stojaki. I czasami nie ma chodnika a jest sciezka rowerowa. Wspaniala sprawa.
Pogoda? Robi sie coraz cieplej. ALe ciagle pada. Pada, leje, slonce swieci, wiatr dmucha. Masakra. Polska jesien. Tylko nie ma tak szaro. Jest w miare ale moglem wybrac Hiszpanie czy tam co innego.
Czy tesknie? Nawet nie. Ale teskni sie do ludzi ktorych zna sie pol, cale czy nawet 4 lata z zycia. No i moze pozdrownienia na koniec :). Wiec - pozdrowienia dla ludzi z Bojszow (yeah!!), ludzi z Akademii, ludzi z Pszczyny, Wrocka i Czestochowy, Warszawy (mam nadzieje ze mnie czytacie dziewczyny), ludzi z Bierunia (a moze tylko jednej osoby ktora to czyta) i studentow z Krakowa (1szy rok, impreza - damn!, sylwester - DAMN!!) oraz Tyszan(bboy, monika, sb else?). That's it, I guess.. I hope..
Co jeszcze. Czy sie ucze? Niebardzo.. Coprawda mam zajecia od poniedzialku do piatku ale wszystko jest w miare latwe i jakos to idzie. Zasadniczo malo kto nastawial sie na nauke przyjezdzajac tutaj..
Wogole to mam rower :). Stary i troche zgrzypiacy ale jest. Rower jest fajny. Wygodny i szybki :). I klodke mam za 12 euro bo takie za 4 euro to zaraz przetna i roweru nie ma. Wszyscy maja tutaj rowery.. Doslownie. I wszedzie sa sciezki rowerowe. I kierowcy ustepuja pierwszenstwa rowerzystom, nawet gdy nie musza. I wszedzie sa stojaki. I czasami nie ma chodnika a jest sciezka rowerowa. Wspaniala sprawa.
Pogoda? Robi sie coraz cieplej. ALe ciagle pada. Pada, leje, slonce swieci, wiatr dmucha. Masakra. Polska jesien. Tylko nie ma tak szaro. Jest w miare ale moglem wybrac Hiszpanie czy tam co innego.
Czy tesknie? Nawet nie. Ale teskni sie do ludzi ktorych zna sie pol, cale czy nawet 4 lata z zycia. No i moze pozdrownienia na koniec :). Wiec - pozdrowienia dla ludzi z Bojszow (yeah!!), ludzi z Akademii, ludzi z Pszczyny, Wrocka i Czestochowy, Warszawy (mam nadzieje ze mnie czytacie dziewczyny), ludzi z Bierunia (a moze tylko jednej osoby ktora to czyta) i studentow z Krakowa (1szy rok, impreza - damn!, sylwester - DAMN!!) oraz Tyszan(bboy, monika, sb else?). That's it, I guess.. I hope..
Fotki - czesc 2
03 marca 2007
Francja (i inne ) - ciag dalszy
Wtorek, 20 Lutego
Dzisiaj obylo sie bez brutalnego budzenia. Collin wstal o 8, my o 11. Sniadanko, buziaczki, "jezeli bedziecie kiedys we Francji to zapraszamy" i wyjazd. Jeszcze szybka wizyta w supermarkecie i kierunek Beziers (mapa - click!)! Po drodze minelismy najwiekszy most we Francji (impressive) i zjedlismy bagietke z serkiem (a jak).
Do Beziers (tam mieszka Juan) przyjechalismy okolo 20. Dom swietny - bardzo letni, doskonale pasujacy do klimatu morza srodziemnego (do ktrego jest 10 km) - parterowy, duze pokoje, klimatyzacja w kazdym z nich. Pilot, mozna podkrecic. Super. Rodzice Juana bardzo mili - niestety nie mowia po angielsku. Po chwili przyjechal brat Juana, kumpel, siostra z chlopakiem.. Wszyscy stoja, siedza, pija Ricard
(takie francuskie Ouzo), wino, wode czy sok. Spoko. Inaczej niz zwykle :). Obiad. Juz nie pamietam co to bylo ale byl to najlepszy posilek z calego pobytu z Francji. Collin oczywiscie kreci nosem i je samo mieso i szparagi. Dziwny jest ten pokraczny Amerykanin. Rodzice Juana sa bardzo przyjacielscy i pomimo braku znajomosci angielskiego postanowili dowiedziec sie czego na temat Stanow Zjednoczonych. Wiec zaczelo sie tlumaczenie, chlopak siostry pomagal. Wogole fajny z niego czlowiek. Francuz ale pracuje w Grecji wiec przypomnielismy sobie pare greckich slow bo jego slownik jest tak bogaty jam moj (10 slow). Niestety nic przyszlo mi spedzic w jednym lozku z Collinem - na szczescie chlopaczyna nie chrapal.
Sroda, 21
Wstawszy o normalnej porze zjedlismy sniadanko - slodki chleb (czemu u nas nie ma takich rzeczy?) z konfiturami + kawa. Jedziemy do Montpelier (mapa). Po drodze mijamy morze i robi sie tak jakos inaczej - lepiej. Najpierw zawitalismy do szkoly Juana i na wlasnej skorze poznalismy czym jest francuska biurokracja. Zero kolejek ale czekac trzeba poltora godziny. Spoko.. Tramwaj i jestemy w centrum miasta. WOW! Super!! Miasto sklada sie z 2 czesci - starej - kilkaset lat i nowej - naprawde NOWEJ. Pochodzilismy po glownym deptaku (najwiekszy w Europie zamkniety dla samochodow plac), powspinalismy sie na najwyzsze punkty miasta i porobilismy fotki. A! Collin w tym czasie chodzil sobie sam po sklepach - tak bylo lepiej dla wszystkich. Idziemy dalej - "czesc grecka" z basenem olimpijskim, piekny budynek czegos na miare naszego urzedu wojewodzkiego, mnostwo studentow nad rzeka. Dalej - waskie uliczki, wysokie budynki, przyjemny cien, kawiarenki i sklepiki. Docieramy do kopii Luku Triumfalnego z Paryza. Troche mniejszy ale tez fajny. I akwedukt z czasow rzymskich (chyba). Miasto jest niesamowite - ma swoj unikalny srodziemnomorski klimat ktory czuc na kazdym kroku. Spotykamy sie z Collinem, pijemy kawe i jedziemy do domu. Masywna i pyszna kolacja i do lozek. Jutro - Hiszpania!
Czwartek, 22
Ja, Collin, Juan i jego dwoch kolegow (Charlie i ...) jedziemy do Hiszpani :). Najpierw zawitalismy do Andory - paskudnego malutkiego panstewka miedzy Francja i Hiszpania. Mnostwo tam ludzi bo jest tanio. I paskudnie. Czym predzej wyjezdzamy i... na granicy niespodzianka - celinicy kaza nam wysiasc z samochodu i zaczynaja sie przeszukania - wszystko sprawdzili - siedzenia, kolo zapasowe, okolice silnika, nas. Masakra. Jedziemy dalej. Przekraczamy granice z Hiszpania. Niby Unia Europejska a tu policja. Stop. Wysiadac. Jakos nie mam w zwyczaju klocic sie z ludzmi z karabinami. I powtorka. Przeszukali, posprawdzali paszporty i puscili. Uf. Jedziemy na poludnie. 2 drogi - platna albo nie. Bierzemy bezplatna. Blad. Wielki blad. 2 godziny na kretych drogach na zboczach gor. Shit. Po drodze minelismy 2 inne pojazdy i 2 malutkie wioski. Ma sa kra. W koncu robi sie ciemno i zatrzymujemy sie w pierwszym lepszym miescie. Kawa. O rany. Takiej kawy to nigdy nie pilem. I tylko 90 centow! Nice :). Jedziemy dalej. Wszysyc chcieliby jechac do domu ale Collin postanawia podszkolic swoj hiszpanski i zatrzymujemy sie w Figueres (mapa). Fajne miasteczko tyko ze zero ludzi na ulicach.. I tyle co mozna na ten temat napisac. Autostrada Figueres>Montpelier i jestemy w domu. Jest pomysl zeby jechac do Montpelier na impreze. Ja zostaje zeby sie wyspac - reszta pojechala. 2 godzinki na gadu gadu i do lozeczka. Super - samemu.
Piatek, 23
Chlopc przyjechali o 13, spakowalismy sie, zapakowalismy sie do samochodu, napelnilismy bak i jedziemy na polnoc przenocowac u dziewczyny Juana. Nawet udalo mi sie przejechac kilkaset kilometrow superowymi autostradami francuskimi :). Juan byl troche poddenerwowany ale w koncu zasnal a ja ich wiozlem. Nice. Dotarlismy o 21, kolacja i do lozek.
Sobota, 22
Z samego rana wyjechalismy do Agners (mapa), do domu Oreliana. Dotarlismy popoludniu. Rodzice Orealiana okazali sie byc superowi (niespodzianka?) - jego tata mowi po hiszpansku i francusku wiec Collin mial pole do popisu. Tata Oreliana - bardzo konkretny czlowiek - jest managerem w jakiejs firmie. Zaprowadzil nas do garaazu gdzie bylo ok 200 butelek wina i kazal na wybierac. Ok - biale, owocowe, polslodkie. To jedna butelka. Nastepne - czerwone, do sera - to juz jego sugestia. Mniam :). Wino, sery i bagietki - nasz pierwszy posilek w Angers. Polecam. Pogadalismy - tata okazal sie bardzo wesolym czlowiekiem ale tez bardzo madrym. Chyba najlepsze polaczenie. Zjedlismy kolacje. Oczywiscie masywna, z deserem. Jako ze wszyscy bylismy w tej miejscowosci po raz pierwszy tata zabral nas na wycieczke. O 22. Wsiedlismy do masywnego Peugeota i ruszylismy Miasteczko jest malutkie. Lezy nad rzeka Men i Loara, ma swoj zamek - taki niewielki ale fajny, jest nawet dom Adama o ktorym tata Oreliana ciagle gadal i ze musze tu wrocic bo przeciez mam tutaj swoj dom. Spoko.. Kiedys.. 2 godziny zwiedzania. Wrocilismy, obejrzelismy program o pilce noznej (po francusku ale Orelian tlumaczyl) i do lozek. Znowu z Collinem. Juan obok nas na podlodze.
Niedziela, 25
Sniadanie i pakowanie. Ostatni dzien wakacji. Francja sie rozpadala, my tez malo sie nie poplakalismy. Dostalismy jakies miesko, wino, bagietki i slodki chleb na droge. Nice :). No i ruszylismy. 9 godzin w samochodzie.. Makabra. I koniec.
Podsumowanie. Francja jest super. Paryz jest spoko ale jak dla mnie zbyt tloczny, zbyt drogi, zbyt szybki, lansiarski. Ale metro maja fajne. Poludnie. Poludnie jest boskie. Morze, niekonczace sie pola winogron, cieple, leniwe. Taaa - jezeli ktos ma troche kasy na poczatek i brak pomyslu na zycie niech jedzie na poludnie Francji. I koniecznei trzeba znac francuski - bo z samym angielskim moze byc problem. To niestety nie Holandia. Dziekuje za uwage.
Dzisiaj obylo sie bez brutalnego budzenia. Collin wstal o 8, my o 11. Sniadanko, buziaczki, "jezeli bedziecie kiedys we Francji to zapraszamy" i wyjazd. Jeszcze szybka wizyta w supermarkecie i kierunek Beziers (mapa - click!)! Po drodze minelismy najwiekszy most we Francji (impressive) i zjedlismy bagietke z serkiem (a jak).
Do Beziers (tam mieszka Juan) przyjechalismy okolo 20. Dom swietny - bardzo letni, doskonale pasujacy do klimatu morza srodziemnego (do ktrego jest 10 km) - parterowy, duze pokoje, klimatyzacja w kazdym z nich. Pilot, mozna podkrecic. Super. Rodzice Juana bardzo mili - niestety nie mowia po angielsku. Po chwili przyjechal brat Juana, kumpel, siostra z chlopakiem.. Wszyscy stoja, siedza, pija Ricard
(takie francuskie Ouzo), wino, wode czy sok. Spoko. Inaczej niz zwykle :). Obiad. Juz nie pamietam co to bylo ale byl to najlepszy posilek z calego pobytu z Francji. Collin oczywiscie kreci nosem i je samo mieso i szparagi. Dziwny jest ten pokraczny Amerykanin. Rodzice Juana sa bardzo przyjacielscy i pomimo braku znajomosci angielskiego postanowili dowiedziec sie czego na temat Stanow Zjednoczonych. Wiec zaczelo sie tlumaczenie, chlopak siostry pomagal. Wogole fajny z niego czlowiek. Francuz ale pracuje w Grecji wiec przypomnielismy sobie pare greckich slow bo jego slownik jest tak bogaty jam moj (10 slow). Niestety nic przyszlo mi spedzic w jednym lozku z Collinem - na szczescie chlopaczyna nie chrapal.
Sroda, 21
Wstawszy o normalnej porze zjedlismy sniadanko - slodki chleb (czemu u nas nie ma takich rzeczy?) z konfiturami + kawa. Jedziemy do Montpelier (mapa). Po drodze mijamy morze i robi sie tak jakos inaczej - lepiej. Najpierw zawitalismy do szkoly Juana i na wlasnej skorze poznalismy czym jest francuska biurokracja. Zero kolejek ale czekac trzeba poltora godziny. Spoko.. Tramwaj i jestemy w centrum miasta. WOW! Super!! Miasto sklada sie z 2 czesci - starej - kilkaset lat i nowej - naprawde NOWEJ. Pochodzilismy po glownym deptaku (najwiekszy w Europie zamkniety dla samochodow plac), powspinalismy sie na najwyzsze punkty miasta i porobilismy fotki. A! Collin w tym czasie chodzil sobie sam po sklepach - tak bylo lepiej dla wszystkich. Idziemy dalej - "czesc grecka" z basenem olimpijskim, piekny budynek czegos na miare naszego urzedu wojewodzkiego, mnostwo studentow nad rzeka. Dalej - waskie uliczki, wysokie budynki, przyjemny cien, kawiarenki i sklepiki. Docieramy do kopii Luku Triumfalnego z Paryza. Troche mniejszy ale tez fajny. I akwedukt z czasow rzymskich (chyba). Miasto jest niesamowite - ma swoj unikalny srodziemnomorski klimat ktory czuc na kazdym kroku. Spotykamy sie z Collinem, pijemy kawe i jedziemy do domu. Masywna i pyszna kolacja i do lozek. Jutro - Hiszpania!
Czwartek, 22
Ja, Collin, Juan i jego dwoch kolegow (Charlie i ...) jedziemy do Hiszpani :). Najpierw zawitalismy do Andory - paskudnego malutkiego panstewka miedzy Francja i Hiszpania. Mnostwo tam ludzi bo jest tanio. I paskudnie. Czym predzej wyjezdzamy i... na granicy niespodzianka - celinicy kaza nam wysiasc z samochodu i zaczynaja sie przeszukania - wszystko sprawdzili - siedzenia, kolo zapasowe, okolice silnika, nas. Masakra. Jedziemy dalej. Przekraczamy granice z Hiszpania. Niby Unia Europejska a tu policja. Stop. Wysiadac. Jakos nie mam w zwyczaju klocic sie z ludzmi z karabinami. I powtorka. Przeszukali, posprawdzali paszporty i puscili. Uf. Jedziemy na poludnie. 2 drogi - platna albo nie. Bierzemy bezplatna. Blad. Wielki blad. 2 godziny na kretych drogach na zboczach gor. Shit. Po drodze minelismy 2 inne pojazdy i 2 malutkie wioski. Ma sa kra. W koncu robi sie ciemno i zatrzymujemy sie w pierwszym lepszym miescie. Kawa. O rany. Takiej kawy to nigdy nie pilem. I tylko 90 centow! Nice :). Jedziemy dalej. Wszysyc chcieliby jechac do domu ale Collin postanawia podszkolic swoj hiszpanski i zatrzymujemy sie w Figueres (mapa). Fajne miasteczko tyko ze zero ludzi na ulicach.. I tyle co mozna na ten temat napisac. Autostrada Figueres>Montpelier i jestemy w domu. Jest pomysl zeby jechac do Montpelier na impreze. Ja zostaje zeby sie wyspac - reszta pojechala. 2 godzinki na gadu gadu i do lozeczka. Super - samemu.
Piatek, 23
Chlopc przyjechali o 13, spakowalismy sie, zapakowalismy sie do samochodu, napelnilismy bak i jedziemy na polnoc przenocowac u dziewczyny Juana. Nawet udalo mi sie przejechac kilkaset kilometrow superowymi autostradami francuskimi :). Juan byl troche poddenerwowany ale w koncu zasnal a ja ich wiozlem. Nice. Dotarlismy o 21, kolacja i do lozek.
Sobota, 22
Z samego rana wyjechalismy do Agners (mapa), do domu Oreliana. Dotarlismy popoludniu. Rodzice Orealiana okazali sie byc superowi (niespodzianka?) - jego tata mowi po hiszpansku i francusku wiec Collin mial pole do popisu. Tata Oreliana - bardzo konkretny czlowiek - jest managerem w jakiejs firmie. Zaprowadzil nas do garaazu gdzie bylo ok 200 butelek wina i kazal na wybierac. Ok - biale, owocowe, polslodkie. To jedna butelka. Nastepne - czerwone, do sera - to juz jego sugestia. Mniam :). Wino, sery i bagietki - nasz pierwszy posilek w Angers. Polecam. Pogadalismy - tata okazal sie bardzo wesolym czlowiekiem ale tez bardzo madrym. Chyba najlepsze polaczenie. Zjedlismy kolacje. Oczywiscie masywna, z deserem. Jako ze wszyscy bylismy w tej miejscowosci po raz pierwszy tata zabral nas na wycieczke. O 22. Wsiedlismy do masywnego Peugeota i ruszylismy Miasteczko jest malutkie. Lezy nad rzeka Men i Loara, ma swoj zamek - taki niewielki ale fajny, jest nawet dom Adama o ktorym tata Oreliana ciagle gadal i ze musze tu wrocic bo przeciez mam tutaj swoj dom. Spoko.. Kiedys.. 2 godziny zwiedzania. Wrocilismy, obejrzelismy program o pilce noznej (po francusku ale Orelian tlumaczyl) i do lozek. Znowu z Collinem. Juan obok nas na podlodze.
Niedziela, 25
Sniadanie i pakowanie. Ostatni dzien wakacji. Francja sie rozpadala, my tez malo sie nie poplakalismy. Dostalismy jakies miesko, wino, bagietki i slodki chleb na droge. Nice :). No i ruszylismy. 9 godzin w samochodzie.. Makabra. I koniec.
Podsumowanie. Francja jest super. Paryz jest spoko ale jak dla mnie zbyt tloczny, zbyt drogi, zbyt szybki, lansiarski. Ale metro maja fajne. Poludnie. Poludnie jest boskie. Morze, niekonczace sie pola winogron, cieple, leniwe. Taaa - jezeli ktos ma troche kasy na poczatek i brak pomyslu na zycie niech jedzie na poludnie Francji. I koniecznei trzeba znac francuski - bo z samym angielskim moze byc problem. To niestety nie Holandia. Dziekuje za uwage.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






