28 lutego 2007

Paris (btw - na fotki mozna klikac!!)



Paryskie metro - super sprawa - pociag co 3 minuty ktory zabiera Cie do kazdego miejsca w Paryzu - 14 linii - nasza ulubiona - rozowa



Pola elizejskie noca - ogolnie to zatloczone, pelne smieci i krzykliwych turystow podniecajacych sie wszystkim co dookola



Ktos nie wie co to? Kolejne miejsce w Paryzu ktore trzeba odwiedzic, ktorym trzeba sie podniecic i w ktorym trzeba zrobic mase fotek. Kolejka do windy na godzine stania, kolejka do schodow podobna. I wszedzie trzeba placic. Fuck it. Zostajemy na dole.



Luvr. Ladne. Imponujace. Duze. Meczace. Mona Lisa oblegana i wszedzie wrzeszczacy ochroniarze "No pictures!!"



Tutaj Ksiezna D spedzala ostatnie chwile swojego zycia.



Notre Dame. Nice.

I dla zainteresowanych (Siostra?)



Dior



Gucci



Chanel


Nom.. Czekam na atak weny zeby opisac reszte wyjazdu.. Wiec badz cierpliwy drogi e-turysto bo Paryz to jest tak fajny jak Katowice noca. Reszta jest fajniejsza :)

26 lutego 2007

France, part 1

No i wrocilismy. Francja sie rozplakala gdy wyjezdzalismy - my tez bylismy bliscy lez. A jak to wszystko wygladalo? Otoz...
Piatek, 16 luty
Wyruszylismy okolo 16. Jechalismy we 4 - ja, Collin, Juan i Orilion ktory w Paryzu zlapal pociag do swojej miejscowosci i tyle go widzielismy. W Paryzu wyladowalismy okolo 21 ale zanim dostalismy sie do mieszkania siostry Juana minely 2 godziny. Niestety siostra miala tylko 1 duze lozko wiec 2 osoby spaly w nim a 2 na podlodze (ja i Orilion).


Sobota, 17
Wstalismy rano, kupilismy 10 biletow na metro (ktore potem zostalo naszym przyjacielem) i ruszylismy do centrum. Na poczatek pozegnalismy Oriliona i zaczelismy - Notre Dame, Luvr od zewnatrz, Pola Elizejskie, ogolnie duzo lazenia po Paryzu. Pogoda nie rozpiszczala - bylo wietrznie ale slonecznie. Wszedzie MASA ludzi - turysci i Paryzanie. Collin, ten Amerykanin, do Paryza przyjechal na zakupy wiec bite 4 godziny spedzilismy w sklepach i przed nimi czekajac az on skonczy. Nakupil sobie dzinsow i pare butow. Odwiedzil nawet ekstramalnie drogi sklep Diora (poltora godziny) gdzie poszedl tylko dlatego zeby poprzymierzac ciuchy na ktore go nie stac. A ja z Juanem umieralem z nudow. Fanie zobaczyc najdrozsza ulice swiata, najpiekniejsze samochody i troche zabawnych, superbogatych ludzi z papierowymi torbami od Armaniego, Gucciego, Diora wchodzacych i wychodzacych z hoteli Hilton czy Plaza. Prawie nabawilismy sie depresji. Zlapalismy metro i spowrotem do mieszkania. Siostra Juana pozwolila nam naruszyc jej zelazne zapasy jedzenia wiec usmazylismy kaczke i wow!! Pychota.

Niedziela, 18
Collin podniecony Paryzem obudzil nas o 8. Poogladalismy francuskie kreskowki (oni wszystko maja z dubbingiem - to jest nawet gorsze niz nasz lektor) i znowu metro. Luvr. 6 euro za wstep do gigantycznego, 4poziomowego muzem. Dzikie mnostwo obrazow, rzezb, freskow, mumii, sfinksow, waz i takich tam - nuda ale jak sie jest w Paryzu to zobaczyc trzeba. Muzeum ogolnie wyglada super - szklo, metal, mroczne podziemia z eksponatami z egiptu, gigantyczne obrazy 10x5m. Wow. No i znowu - mnostwo turystow. Nastepny punkt - Notre Dam. Odstraszajaca kolejka wiec idziemy pod Wierze Eiffela. Znowu mnostwo ludzi, przerazajace ceny za winde i co najdziwniejsze, obowiazkowa oplata za skorzystanie ze schodow. Poogladalismy godzinne kolejki do wejsc, pospacerowalismy pod tym monumentem i ruszylismy... do sklepow. Kolejne pare godzin. MA-SA-KRA. Ten koles wchodzi do sklepu na 2 godziny i nic nie kupuje. Pyta sie o wszystko, dotyka wszystkiego, przymierza najpaskudniejsze ubrania, pyta ludzi na ulicy gdzie kupili to czy tamto. Do Juana zadzownila kuzynka z Paryza i zaprosila nas na kolacje. Pizza, piwo, cola, woda, chipsy. Nice. Jej narzeczony swietnie mowil po angielsku (rzadkosc we Francji) i mielismy calkiem interesujaca 3godzinna pogawedke. Nice. Metro, dom, sen.

Poniedzialek, 19
Ostatni dizen w Paryzu. Pobudka o 9 i... Sklepy!! Wkoncu Juan powiedzial ekspedientce zebu na kazde pytanie Collina o rozmiar mowila ze nie ma i po niecalych 2 godzinach wyszlismy i poszlismy do.. kolejnego sklepu. Ekstra. Metro i do domu. Pakujemy sie i jedziemy na poludnie ( 5 godzin w aucie) do malutkiej miejscowosci w ktorej mieszka dziewczyna Juana. Wioska jakich malo. Ale ludzie bardzo mili. Pierwszys francuski obiad. Start - wino, salata, jakies chrupki. Danie glowne - jakies mieso, frytki, inne wino, szpinak. Next - sery, wino, bagietki. Deser - szarlotka z bita smietana. Na koniec cos mocnego - domowej roboty nalewka sliwkowa - 50% alkoholu. Rzeznia. No i koniec - czlowiek chce wstac od stolu ale nie jest w stanie. Zoladek pelny, w glowie szumi - ogolnie to jest dobrze tylko ciezko sie ruszac. Zaczyna sie konwersacja francusko - angielska bo kazdy zna pare slow z obu tych jezykow. Idziemy spac - cudowny sen - pelny zoladek, interesujaca faza, gigantyczne lozko. 10 godzin snu.

Wtorek - Niedziela, 20-25 lutego
Napisze wkrotce bo musze na zajecia isc... A dzialo sie dzialo, boski dom Juana, Niesamowcie piekne poludnie Francji, pola winogron, wyprawa do Andory i Hiszpanii, przeszukanie przez celnikow i pol godzny pozniej przez policje w Hiszpanii, bardzo goscinne przyjecie przez rodzicow Oriliona, zwiedzanie Angers noca, prezenty i lzy.

12 lutego 2007

10 dni ferii - Francja i Hiszpania!!

Wczoraj spokojnie mylem sobie naczynia a tu dzownek do drzwi. Juan z Francji i Amerykanin ktorego imienia nie pamietam. Juan we Francji mieszka na poludniu, niedaleko Marsylii a w Arnhem w akademiku z tym Amerykaninem. Mysle sobie - pewnie przyszli poogladac telewizje (jako jedyni mamy w mieszkaniu kablowke - fajnie jak sie wszyscy schodza i wzroku nie potrafia oderwac :D). Ale nie do konca chodzilo o TV. Otoz za tydzien, od soboty do niedzieli mamy tygodniowe ferie. Kazdy gdzies jedzie - jedni na narty, inni do Paryza, inni zostaja tutaj i beda zwiedzac Holandie pociagiem. Ja planowalem wybrac ta ostatnio opcje ale Juan i Amerykanin zdecydowali sie mnie zapytac czy mam ochote jechac z nimi do Paryza na kilka dni, pozniej do Juana do domu na poludniu i na dzien, dwa do Hiszpani. Normalnie zaaniemowilem. Najfajniejsze jest to ze Juan ma samochod i bedziemy bujac sie Punciakiem po Europie placac za paliwo i Juan ma siostre w Paryzu i moze bedziemy u niej nocowac. A na poludniu to u niego w domu. SU-PER!! Ciagle nie moge w to uwierzyc :). W Paryzu bylem jakies 5 lat temu ale chyba warto tam pojechac ponownie :). Ponizej fotka Juana (z dziewczyna z Budapesztu) a fotka Amerykanina znajduje sie w poscie z 29 stycznia, fotka numer 2, osoba po lewej.

11 lutego 2007

Zycie

Na wyjazdach typu Socrates Erasmus ma miejsce ciekawe zjawisko socjologiczne. Kazdy jest kilkaset(tysiecy) kilometrow od domu, gdzie zostawil rodzine, znajomych, psa, kota, papuzke, chlopaka czy dziewczyne. Spoko jezeli ma sie ze soba jakichs znajomych z uczelni, miasta czy chociaz kraju. Troche dziwnie jest gdy sie nie ma nikogo - wierz mi... Ale wiekszosc ludzi jest w takiej sytuacji. Na poczatku ludzie lacza sie krajami - tutaj - Hiszpanie (dokladnie Hiszpanki), Francuzi (tych tu jest mnostwo), Australijczycy (grono szczelnie zamkniete, ograniczone do powiedzenia 'How are you'), Irlandczycy (fajny maja akcent ale za nic w swiecie nie da sie zrozumiec slow) i inni ktorych nie ma juz tak wiele (Meksykanie, Polacy [2szt], Finowie, Niemcy, Turcy i inni). Potem wszystko zaczyna sie miksowac - Polak kradnie rowery z Hiszpankami (mamy juz 4 i ciagle szukamy nowych), wszyscy pija tequille Meksykanczykow, Francuzi wszystkim mowia ze ich odwiedza w niedalekiej przyszlosci, wszyscy graja w pokera na zetony, itp..
To jest ekstra - ludzie sila rzeczy formuja cos na miare rodziny zastepczej - urodziwej, wesolej, wielonarodowosciowej, tymczasowej i z reguly pijanej (czy pod wplywem innych srodkow - w koncu to Holandia). Jest dobrze. Z tego co wiem to nikt nie przewidywal ze bedzie az tak dobrze :). Kazdemu kto ma mozliwosc wyjazdu, polecam skorzystanie z tej mozliwosci. Chociazby dla dzwinego uczucia gdy po kilku dniach po wstaniu kolo poludnia zamiast pomyslec "cholera - ktora godzina" pomysli sie "shit - what time is it". No i pare razy dziennie mysli sie o domu. O ludziach, o imprezach ktore mialy miejsce nawet o wlasnym pokoju i lozku (tutaj mam z cholerna drabinka - kiedys z niej spade i wypadne za okno). Ale jest dobrze tak czy owak.
Hania pisze ze chce przyjechac. Fajnie :). Kto z Hania? Najlepsza metoda dotarcia tutaj jest lot z Krakowa do Amsterdamu liniami Centralwings (chyba) i pociag z Amsterdamu do Arnhem (okolo 2 godzin, niecale 30 euro w obie strony) albo Wizzairem do Dortmundu i stamtad pociagiem do Arnhem (prawie 30 euro w jedna strone). Nocleg - pare osob mozna upchnac w mieszkaniu wiec to chyba nie bedzie problem. Ceny. Tanio to tu nie jest. Chleb typu gabka - 1, 10 plasterkow sera - 2, sok w kartonie 1l - 1, 12pak heinekena 0,3 - 6, piwo (0,3l) w lokalu - 1,5-2, bilet na koncert Shakiry - 80. Polecam zabrac duze zapasy gotowki. I jak najszybciej sie zdecydowac bo ceny biletow lotniczych ida w gore z kazdym dniem.






Na koniec 2 fotki ze szkoly (+ Hiszpanki). Ten slup posrodku to wodospad. Na dole jest mini rzeczka. Pozatym jest tutaj z 200 komputerow do dowolnego uzytku, windy, schody ruchome (yeah..), gigantyczna stolowka, 2 bary, bezprzewodowy internet w kazdym punkcie (jeszcze nie mamy Kart Studenta i nie sa sie zalogowac). Wszystko w szkle i drewnie, nowiutkie, czysciutkie i jasne. Nice. Troche inaczej niz na przecietnej polskiej uczelni... No i Chinczycy - oni sa wszedzie. Pewnie szpieguja dla Wielkiego Mao zeby potem podbic swiat..





Hiszpanki - w sumie jest ich chyba 7 - tutaj mamy: Ainare (wesola dziewczyna), Laila (piekna dziewczyna), Teresa (otwarta dziewczyna), ?? (nieznana dziewczyna). W sumie to mozna o nich ksiazke napisac bo sa naprawde niesamowite...

06 lutego 2007

Mieszkanie, dyplom

Hello.
Oto film-wycieczka po czesci naszego mieszkania . Aby odtworzyc nalezy kliknac na duuzy przycisk play.





Jezeli sa jakies pytania, komentarze, prosze smialo pisac.

A tutaj mamy moj dyplom. Nie ma tam wzmianki o nagrodzie ale takowa byla :).


05 lutego 2007

Rozpoczecie

Dzisiaj zaczynaja sie zajecia. Moj plan jest makabryczny - codziennie jakies cwiczenia :/. Julian ma 2 razy w tygodniu..
Od poniedzialku do czwartku mielismy tutaj Management Game. 50 5,6-osobowych druzyn zarzadzajacych firmami produkujacymi jakies plastikowe elementy. Codziennie 2 okresy w czasie ktorych trzeba bylo wypelniac "decission form" + robic rozne rzeczy zwiazane z marketingiem, reklama, np zaspiewac piosenke o swojej firmie albo stworzyc billboard. No i w czwartek okazalo sie ze nasza druzyna byla NAJLEPSZA ze wszystkich 50! Wygralismy 500 euro :). 250 postanowilismy dac Martinowi, Holender ktory robil WSZYSTKO a 50 poszlo dla nas tj - Ja, Angelika z Macedonnii, Valentina z Moskwy, Sisi z Chin i Vasi z Bulgarii :). Bylo bardzo fajnie. Szczegolnie w nocy po podziale zdobyczy :). Mysle ze jutro wrzuce fotke dyplomu.
Caly weekend siedzielismy w domu bo od srody do piatku wlacznie krazylismy po imprezach. Ogolnie to weekendowa nuda - nauczylem Juliana grac w remika, on mnie w Pokera Teksas Hold'em i jakos to zlecialo.. W miedzyczasie odwiedzilismy Mariane, dziewczyne z Paryza ktora ciagle gada po francusku a Julian ciagle jej mowi "english please" bo juz nie moze zniesc jej paplaniny :).
Dzisiaj rano bylem w salonie Orange zeby zamowic net ale niestety musi tam isc osoba na ktora jest zapisany telefon a osoba ta jest Murat ktory jest ze swoja dziew3czyna w Amsterdamie. Shit. Wiec net troche sie opoznia. Dla osob w temacie - lacze 20 Megabit kosztuje 24euro/miesiac. No comment. Wogole - wracajac z centrum do mieszkania zagadnal do mnie starszy Pan - 85 lat. Swietny angielski, mieszka w Rotterdamie, podrozuje po calym swiecie. Trudno o takich ludzi w Polsce.. Tak samo jak tutaj trudno o snieg :).
Pogoda sie spieprzyla - zrobilo sie zimno, i dzdzy. Bu.
Na koniec chcialem podziekowac Mamie i Tacie za umozliwienie mi tego wyjazdu. Juz teraz wiem ze nie bede tego zalowac, ze bedzie to jedno z najbardziej ksztaltujacych zycie i charakter doswiadczen. Wiec - Mamo, tato - dziekuje wam za wszystko i do zobaczenia. Mam nadzieje ze maly kociak juz w drodze :(
Acha - mam nowy numer telefonu. W naglych przypadkach 616871698. Kierunkowy do Holandii to chyba 031.