I ta robota. Jezus - ludzi jak na lekarstwo i można oszaleń z nudów. Stoi człowiek w miejscu i czeka na klienta jak na objawienie. Nalać piwo, skasować, wydać - minuta. I kolejne czekanie. I czekanie. I czekanie. I myślenie "nie patrz na zegar, nie patrz na zegar, nie patrz..., DOPIERO SIÓDMA???". I ci ludzie - dodatkowy cukier, mniej tej piany, co to za piwo, czemu tak drogo, jesteś stąd i mały ruch, co? Na prawdę - doceniam troskę o mnie i o was ale gadka szmatka ma swoje granice. Czasami trafi się ktoś ciekawy i nawet godzinę można przegadać ale to rzadkość - raz, dwa razy na tydzień.
No ale jeszcze półtora tygodnia. Półtora tygodnia i koniec z Temple Bar Amsterdam. Na chwilę obecną - 57 godzin za barem. Po prostu nie mogę się doczekać. Ciągle zastanawiam się dlaczego tak mam. Przecież ludzie pracują po 40 lat i jakoś nie narzekają tyle co ja w mojej głowie przez ostatnie parę tygodni. Dramat. Może to dlatego że w tej pracy to jednak mało wyzwań jest. Może dlatego że drabina kariery jest bardzo krótka i na chwilę obecną jedynym szczeblem wyżej jest ten o nazwie szef. Może dlatego że żyję świadomością doskonale zapowiadającej się reszty miesiąca grudnia? Może dlatego że z tą pracą jest jak z lekturą - choćby nie wiadomo jak była fajna to jednak dopiero rozprawienie się z nią daje radość. Może dlatego że przez ostatnie 4 miesiące pracowałem średnio po 45 godzin tygodniowo i chyba się zmęczyłem? Eeech.
Ludzie! Czy wam też się tak nie chce pracować? I jak z tym żyć aż do śmierci?
Na koniec film z miasta Amsterdam. Coś mi mówi że Nike maczał(o/li?) w tym palce. Ale to tylko takie moje odczucie... No i pogoda tam to nie to co pogoda tu.
The IAM1 Amsterdam Journey from Nalden on Vimeo.