Wtorek, 20 Lutego
Dzisiaj obylo sie bez brutalnego budzenia. Collin wstal o 8, my o 11. Sniadanko, buziaczki, "jezeli bedziecie kiedys we Francji to zapraszamy" i wyjazd. Jeszcze szybka wizyta w supermarkecie i kierunek Beziers (mapa - click!)! Po drodze minelismy najwiekszy most we Francji (impressive) i zjedlismy bagietke z serkiem (a jak).
Do Beziers (tam mieszka Juan) przyjechalismy okolo 20. Dom swietny - bardzo letni, doskonale pasujacy do klimatu morza srodziemnego (do ktrego jest 10 km) - parterowy, duze pokoje, klimatyzacja w kazdym z nich. Pilot, mozna podkrecic. Super. Rodzice Juana bardzo mili - niestety nie mowia po angielsku. Po chwili przyjechal brat Juana, kumpel, siostra z chlopakiem.. Wszyscy stoja, siedza, pija Ricard
(takie francuskie Ouzo), wino, wode czy sok. Spoko. Inaczej niz zwykle :). Obiad. Juz nie pamietam co to bylo ale byl to najlepszy posilek z calego pobytu z Francji. Collin oczywiscie kreci nosem i je samo mieso i szparagi. Dziwny jest ten pokraczny Amerykanin. Rodzice Juana sa bardzo przyjacielscy i pomimo braku znajomosci angielskiego postanowili dowiedziec sie czego na temat Stanow Zjednoczonych. Wiec zaczelo sie tlumaczenie, chlopak siostry pomagal. Wogole fajny z niego czlowiek. Francuz ale pracuje w Grecji wiec przypomnielismy sobie pare greckich slow bo jego slownik jest tak bogaty jam moj (10 slow). Niestety nic przyszlo mi spedzic w jednym lozku z Collinem - na szczescie chlopaczyna nie chrapal.
Sroda, 21
Wstawszy o normalnej porze zjedlismy sniadanko - slodki chleb (czemu u nas nie ma takich rzeczy?) z konfiturami + kawa. Jedziemy do Montpelier (mapa). Po drodze mijamy morze i robi sie tak jakos inaczej - lepiej. Najpierw zawitalismy do szkoly Juana i na wlasnej skorze poznalismy czym jest francuska biurokracja. Zero kolejek ale czekac trzeba poltora godziny. Spoko.. Tramwaj i jestemy w centrum miasta. WOW! Super!! Miasto sklada sie z 2 czesci - starej - kilkaset lat i nowej - naprawde NOWEJ. Pochodzilismy po glownym deptaku (najwiekszy w Europie zamkniety dla samochodow plac), powspinalismy sie na najwyzsze punkty miasta i porobilismy fotki. A! Collin w tym czasie chodzil sobie sam po sklepach - tak bylo lepiej dla wszystkich. Idziemy dalej - "czesc grecka" z basenem olimpijskim, piekny budynek czegos na miare naszego urzedu wojewodzkiego, mnostwo studentow nad rzeka. Dalej - waskie uliczki, wysokie budynki, przyjemny cien, kawiarenki i sklepiki. Docieramy do kopii Luku Triumfalnego z Paryza. Troche mniejszy ale tez fajny. I akwedukt z czasow rzymskich (chyba). Miasto jest niesamowite - ma swoj unikalny srodziemnomorski klimat ktory czuc na kazdym kroku. Spotykamy sie z Collinem, pijemy kawe i jedziemy do domu. Masywna i pyszna kolacja i do lozek. Jutro - Hiszpania!
Czwartek, 22
Ja, Collin, Juan i jego dwoch kolegow (Charlie i ...) jedziemy do Hiszpani :). Najpierw zawitalismy do Andory - paskudnego malutkiego panstewka miedzy Francja i Hiszpania. Mnostwo tam ludzi bo jest tanio. I paskudnie. Czym predzej wyjezdzamy i... na granicy niespodzianka - celinicy kaza nam wysiasc z samochodu i zaczynaja sie przeszukania - wszystko sprawdzili - siedzenia, kolo zapasowe, okolice silnika, nas. Masakra. Jedziemy dalej. Przekraczamy granice z Hiszpania. Niby Unia Europejska a tu policja. Stop. Wysiadac. Jakos nie mam w zwyczaju klocic sie z ludzmi z karabinami. I powtorka. Przeszukali, posprawdzali paszporty i puscili. Uf. Jedziemy na poludnie. 2 drogi - platna albo nie. Bierzemy bezplatna. Blad. Wielki blad. 2 godziny na kretych drogach na zboczach gor. Shit. Po drodze minelismy 2 inne pojazdy i 2 malutkie wioski. Ma sa kra. W koncu robi sie ciemno i zatrzymujemy sie w pierwszym lepszym miescie. Kawa. O rany. Takiej kawy to nigdy nie pilem. I tylko 90 centow! Nice :). Jedziemy dalej. Wszysyc chcieliby jechac do domu ale Collin postanawia podszkolic swoj hiszpanski i zatrzymujemy sie w Figueres (mapa). Fajne miasteczko tyko ze zero ludzi na ulicach.. I tyle co mozna na ten temat napisac. Autostrada Figueres>Montpelier i jestemy w domu. Jest pomysl zeby jechac do Montpelier na impreze. Ja zostaje zeby sie wyspac - reszta pojechala. 2 godzinki na gadu gadu i do lozeczka. Super - samemu.
Piatek, 23
Chlopc przyjechali o 13, spakowalismy sie, zapakowalismy sie do samochodu, napelnilismy bak i jedziemy na polnoc przenocowac u dziewczyny Juana. Nawet udalo mi sie przejechac kilkaset kilometrow superowymi autostradami francuskimi :). Juan byl troche poddenerwowany ale w koncu zasnal a ja ich wiozlem. Nice. Dotarlismy o 21, kolacja i do lozek.
Sobota, 22
Z samego rana wyjechalismy do Agners (mapa), do domu Oreliana. Dotarlismy popoludniu. Rodzice Orealiana okazali sie byc superowi (niespodzianka?) - jego tata mowi po hiszpansku i francusku wiec Collin mial pole do popisu. Tata Oreliana - bardzo konkretny czlowiek - jest managerem w jakiejs firmie. Zaprowadzil nas do garaazu gdzie bylo ok 200 butelek wina i kazal na wybierac. Ok - biale, owocowe, polslodkie. To jedna butelka. Nastepne - czerwone, do sera - to juz jego sugestia. Mniam :). Wino, sery i bagietki - nasz pierwszy posilek w Angers. Polecam. Pogadalismy - tata okazal sie bardzo wesolym czlowiekiem ale tez bardzo madrym. Chyba najlepsze polaczenie. Zjedlismy kolacje. Oczywiscie masywna, z deserem. Jako ze wszyscy bylismy w tej miejscowosci po raz pierwszy tata zabral nas na wycieczke. O 22. Wsiedlismy do masywnego Peugeota i ruszylismy Miasteczko jest malutkie. Lezy nad rzeka Men i Loara, ma swoj zamek - taki niewielki ale fajny, jest nawet dom Adama o ktorym tata Oreliana ciagle gadal i ze musze tu wrocic bo przeciez mam tutaj swoj dom. Spoko.. Kiedys.. 2 godziny zwiedzania. Wrocilismy, obejrzelismy program o pilce noznej (po francusku ale Orelian tlumaczyl) i do lozek. Znowu z Collinem. Juan obok nas na podlodze.
Niedziela, 25
Sniadanie i pakowanie. Ostatni dzien wakacji. Francja sie rozpadala, my tez malo sie nie poplakalismy. Dostalismy jakies miesko, wino, bagietki i slodki chleb na droge. Nice :). No i ruszylismy. 9 godzin w samochodzie.. Makabra. I koniec.
Podsumowanie. Francja jest super. Paryz jest spoko ale jak dla mnie zbyt tloczny, zbyt drogi, zbyt szybki, lansiarski. Ale metro maja fajne. Poludnie. Poludnie jest boskie. Morze, niekonczace sie pola winogron, cieple, leniwe. Taaa - jezeli ktos ma troche kasy na poczatek i brak pomyslu na zycie niech jedzie na poludnie Francji. I koniecznei trzeba znac francuski - bo z samym angielskim moze byc problem. To niestety nie Holandia. Dziekuje za uwage.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
5 komentarzy:
przygoda zycia..moze i jestem monotematyczna ale ZAZDROSZCZE CI! trzymaj sie :)
zdecydowanie najbardziej fascynuje mnie Twoj kumpel z Ameryki, ktory w jednym sklepie potrafi spedzic 2h!!! nawet chyba kobieta nie potrfai tego dokonac!pozdrowka:)
ja tez nie chrapie:P
Michal.. w Maju bedzie rok jak pierwszy raz uslyszalem Twoje chrapanie - do teraz nie moge sie otrzasnac..
Rety rety... Jak ja Ci zazdroszczę :) aaa byliście w Figueres i nie zaglądneliście do Muzeum Salvadora Dali? Żałuj! :)
Ech. Też chcę na południe Francji...
Prześlij komentarz